Pracujemy od poniedziałku do czwartku
w godz: 9:00 - 17:30, w piątek w godz: 8:30-17:00

Koszyk: 0,00 PLN
0 przedmiotów
pokaż koszyk

Klipsch RP-280F „Najlepszy Zakup” w Hi-Fi Choice 11/2015 30-11-2015

W listopadowym tegorocznym numerze miesięcznika Hi-Fi Choice znajduje się test kolumn głośnikowych Klipsch RP-280F.

Dzięki obszernemu dźwiękowi, nisko schodzącemu rytmicznemu basowi, żywemu a jednocześnie rozdzielczemu i detalicznemu przekazowi w średnicy i w wysokich tonach jednocześnie i łatwości napędzenia, kolumny zdobyły wyróżnienie „Najlepszy Zakup”.

„Dynamika i bas

Spore przetworniki nisko-średniotonowe pracujące w układzie dwudrożnym w połączeniu z wielką skrzynią są zdolne przemieszczać duże masy powietrza. Spełniają zatem jeden z warunków do powstania naprawdę niskiego basu. Jeśli lubicie spokojnie pląsający bas, to RP-280F mogą Was zaszokować tym, w jaki sposób odtwarzają pasmo niskich tonów. Styl, w jakim to robią, jest po prostu miażdżący! Najniższy zakres częstotliwości jest odtwarzany RP-280F z szybkością, jakiej można się spodziewać po tak wysokoefektywnych kolumnach. Słuchając organów z płyty testowej, miałem wszystko w dźwięku tego instrumentu, a więc niskie zejścia, wibracje odczuwalne momentami całym ciałem, ale też szybkość i brak jakichkolwiek spowolnień. RP-280F szybko reagują na zmieniający się rytm i to niezależnie od zakresu częstotliwości. W tym konkretnym przypadku bas idealnie pasuje pod względem dynamiki do wszystkich tonów, bo te również odtwarzane są przez tubki Tractrix Horn z dynamiką, jakiej można oczekiwać po tak łatwym w wysterowaniu głośniku. Klipsch może żywiołowo zagrać zarówno z 40-watowym wzmacniaczem, jak i tym dysponującym na przykład mocą 250W na kanał jak Hegel H360. W tym drugim zestawieniu w kwestii odtwarzania basu i dynamiki w zasadzie żadne granice nie istniały. To z kolei dowodzi, jak wysokiej klasy zespołami głośnikowymi są RP-280F, ale też co potrafi Hegel H360. Klipsche są żywiołowe i już od pierwszych chwil odsłuchu zwracają na siebie uwagę, dosłownie angażując się bez reszty w każdy odtwarzany dźwięk. Zaletą tych podłogówek jest to, że potrafią każdy dźwięk podać selektywnie i rozdzielczo, i to niezależnie od poziomu głośności, co też w pewnym sensie świadczy o ich kulturze. Oczywiście nie są to tak wysublimowane brzmieniowo, jak przykładowo kolumny Xavian czy Splendor, a zwłaszcza model D7. Klipsch gra ofensywnie, ale z drugiej strony dzięki wielu konstrukcyjnym rozwiązaniom daleko mu do wrzeszczących tub z minionej epoki. Rock czy klasyka brzmią za pośrednictwem Klipscha potężnie i z zadziorem, co przecież jest jednym z charakterystycznych elementów tych gatunków. Spore wrażenie zrobiła na mnie potężnie brzmiąca orkiestra symfoniczna – odniosłem wrażenie, że dla Klipscha to naturalne środowisko i duże skoki głośności tutti nie robią na tych kolumnach najmniejszego wrażenia. Do tego dochodzi świetnie kontrolowana przestrzeń przez tubki Tractrix Horn i mamy gotowy przepis na wybuchowo, ale precyzyjnie brzmiącą symfonikę. Słuchając rocka można odnieść wrażenie, że kolumny te mają coś z estradowego stylu grania – bas ujmuje swobodą i dynamiką, a przestrzeń jest kreślona z rozmachem. Z kolei zakres wysokotonowy urzeka bogactwem informacji, ale z drugiej strony nie przytłacza. To jest właśnie największą zaletą tubek Tractrix Horn nowej generacji – są efektywne, ale nie nadmiernie agresywne, bo kiedy słuchamy ich za pośrednictwem kameralnego jazzu, do naszych uszu dociera dźwięk dozowany z wręcz aptekarską precyzją. Każdy detal podawany jest według maniery, jakiej moglibyśmy się spodziewać po tego typu muzyce. Tutaj można dojść do wniosku, że te kolumny mają zdolność do umiejętnego przekazywania emocji i kiedy zachodzi taka potrzeba, to potrafią urzec ogromną rozpiętością brzmienia, jak w klasyce czy rocku, a innym razem skupiają się na subtelnościach i klimacie, jak w przypadku jazzu. Ale zawsze dźwięk mieni się intensywnymi barwami i urzeka wyczuwalną energią. To właśnie średnica w tych kolumnach, zwłaszcza kiedy połączymy je z lampowym wzmacniaczem, potrafi urzec ujmującym ciepłem. Ale jednocześnie emanuje mnóstwem energii, co powoduje, że trąbka Milesa Davisa brzmi otwarcie i kiedy trzeba, potrafi nieźle dać po uszach. Brzmienie jest po prostu nieskrępowane, bezpośrednie i namacalne. RP-280F dobrze też radzą sobie z odtwarzaniem wokali, bo w śpiewie Freddy’ego Cole’a niczego mi nie brakowało – była ta jego charakterystyczna chrypka i moc przy niskiej tonacji. Najważniejsze jest jednak to, że wokal w wykonaniu Klipscha jest ładnie wyodrębniony na tle towarzyszących mu instrumentów. Oczywiście składa się na to wiele czynników, ale jednym z tych kluczowych jest otwartość w środku pasma. Podział pasma między głośnikami przez filtry w zwrotnicy odbywa się w niezwykle newralgicznym momencie, bo przy częstotliwości 1400Hz, a więc w punkcie gdzie ludzkie ucho jest szczególnie wyczulone na odbiór dźwięku. Wszelkie potknięcia konstruktora byłyby od razu słyszalne, a błąd w sztuce objawiałby się niezbyt płynnym odtwarzaniem wokali z wyraźnym zachwianiem ich równowagi tonalnej. Jednak w przypadku tych konkretnych kolumn nie doświadczyłem tego typu braków i odnosi się to nie tylko do wokalu czarnoskórego artysty, ale też moich ulubionych wokalistek, jak na przykład Cassandry Wilson, Patricii Barber czy też Diamandy Galas. Wszyscy Ci artyści mają mocne wokale i nawet stosunkowo kulturalna na ich tle Diana Krall również wypadła świetnie.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę rozpiętość wzmacniaczy z jakimi Klipsch RP-280F mogą współpracować, oraz jakość brzmienia wprost proporcjonalną do klasy współpracującej z nimi amplifikacji, można stwierdzić, że te zespoły głośnikowe w swojej cenie osiągają znakomity stosunek jakości brzmienia do ceny. Naturalnie wiele będzie zależało od samej konfiguracji, ale testowane kolumny są na tyle elastyczne, że nie utrudnią startu z jakimś prostszym systemem początkującym melomanom. Wysoka efektywność sprawia, że przyszły użytkownik tych kolumn nie będzie musiał zastanawiać się, czy wzmacniacz, jaki akurat nabywa, dysponuje odpowiednio skonstruowanym i wydajnym układem zasilającym. W tym przypadku wystarczy nawet kilkuwatowa lampa, żeby wysterować te amerykańskie zespoły głośnikowe i to w nich jest najfajniejsze. Frajda, jaką dają te kolumny z odsłuchu, jest nie do przecenienia, a płynąca z ich dźwięku energia uzależnia.

Arkadiusz Ogrodnik

Źródło: Hi-Fi Choice

kino domowe hi-fi